środa, 30 sierpnia 2023

Kolejny mały cud

W styczniu 2009 roku przyleciała do nas moja mama, która miała z nami zamieszkać i zaopiekować się moimi dziećmi bym mogła wrócić do pracy.

W grudniu przeszła na wcześniejszą emeryturę, więc przyleciała mi pomóc.

Byłam przeszczęśliwa, że babcia zajmie się moją córeczką i synem.

Podczas ciąży i później jak urodziłam M. miałam problem z kręgosłupem, biodro moje było wygięte w prawą stronę, lecz nigdy nie prosiłam o to, by Bóg mnie uzdrowił.

Pewnego dnia chyba był miesiąc styczeń nie pamiętam jaki był to dzień, wracając ze sklepu z zakupami, przechodząc koło kościoła Kapucynów na Fairy Street usłyszałam jakby Bóg mnie zaprasza.

W głowie słyszałam głos: "Wejdź do mnie", jednak szłam dalej. 

Ominęłam kościół i znowu ten wewnętrzny głos: "Proszę wejdź do mnie chociaż na 5 minut".

Pomyślałam: ok przecież nawet jeśli mam jakieś schizy to i tak nikt o tym nie wie, bo to się dzieje w mojej głowie 😁

Zawróciłam więc, weszłam do środka po prawej stronie ołtarza była figura Serca Jezusa, a wzdłuż kościoła zaraz przy ołtarzu Matka Bolesna trzymająca Syna na kolanach.

Postawiłam siatki z zakupami, uklękłam przed Jezusem i zaczęłam modlić się modlitwą Ojcze Nasz, wówczas poczułam jakby ktoś położył mi rękę na czole i pchał mnie do tyłu odchylając moje ciało.

Upadłam na posadzkę w kościele, byłam cały czas świadoma, wiedziałam, że mógł być to Duch Święty, ale nie wiedziałam co chciał uzdrowić. 

Wstałam, uklękłam i ponownie odmówiłam modlitwę po czym wstałam, wzięłam siatki i wyszłam. 

Z kościoła do domu miałam jakieś 5 min piechotą, zauważyłam podczas tej drogi, że jakby moje kręgi w kręgosłupie się przestawiają, kiedy wróciłam do domu, moje biodro nie było już przekrzywione w prawą stronę.

Chciałam podzielić się moją radością i doświadczeniem z moją mamą, ale ona nie wierzy w taki sposób jak ja 😉

Pewnie dlatego nie nadajemy na tych samych falach i pomimo tego, że obie przeszłyśmy kurs Alfa bardzo różni się nasza relacja z Bogiem.

Czasem zastanawiam się jak to możliwe...

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Piesza Pielgrzymka do Częstochowy rok 2008

Wszystko się układało, żyliśmy sobie we troje i było cudownie. 

Był przecież z nami najlepszy przyjaciel Jezus. 😊

Oczywiście nie można powiedzieć, że nie było też złych dni, chwil smutnych i mniej cudownych. 

Tak jak w życiu każdego z nas, są dni dobre i mniej dobre.

Postanowiłam, że w te wakacje pojedziemy do Polski, aż na 6 tygodni.

I tak też się stało. 

W połowie lipca 2008 roku wylądowaliśmy na polskiej ziemi, aby spędzić z najbliższymi wspaniały czas.

Będąc w Polsce jednak zaczęłam żałować, że przyjechałam na tak długo. 

Konflikty z mamą się nasilały, zaczęłam tęsknić za Irlandią, za naszym domem, za spokojem, który tam miałam. 😞

I wówczas przyszła mi myśl, pewnie nie moja. 

Wiedziałam, że za chwilę wyruszać będzie piesza pielgrzymka do Częstochowy postanowiłam, że pójdę na nią podziękować za wszystko Maryi i Bogu.

I tak się stało.

Zanim wyruszyłam na szlak Toruń – Częstochowa, M. koleżanka, którą poznałam powiedziała, że mam iść w intencjach Maryi, że ona będzie wiedziała komu oddać te łaski, które wymodlę.

Tak też zrobiłam. 

Początki były straszne. 

Czułam, że toczy się we mnie walka duchowa.

Nie wytrzymałam, oddaliłam się od grupy pielgrzymów  i tak zaczęłam płakać, nie wiedziałam jednak dlaczego, nie miałam przecież powodu do płaczu.

Podczas całej pielgrzymki codziennie o godz. 3.00 w nocy budziłam się słysząc łańcuchy, klucze różne dźwięki. 

Nie bałam się. 

Pewnego dnia zapytałam jednej z sióstr zakonnych: "Czy istnieje godzina demonów między 3.00, a 4.00 ?", bo gdzieś o tym czytałam. 

Spytała: "Czemu się pytam?", opowiedziałam jej w skrócie czego doświadczam co noc. 

Wówczas powiedziała, że istnieje.

Trasę przeszłam całą, pomagałam przy osobach niepełnosprawnych, zaprzyjaźniłam się z grupą osób, które studiowały teologie. 

Nie miałam ani jednego pęcherza i siłę jakby z nieba.

W Częstochowie zawierzyłam swoje dzieci Maryi i oddałam je pod Jej opiekę.

Całą pielgrzymkę nie paliłam papierosów. 😬

Po powrocie byłam pełna pokoju, nie reagowałam na zaczepki ze strony mojej mamy. 

Byłam radosna i czułam, że Bóg nas kocha.

Nadszedł dzień powrotu i wróciliśmy cali i zdrowi do domku, do Irlandii....

piątek, 25 sierpnia 2023

Chrzest M.

W październiku 2007 roku przylecieliśmy do Polski ochrzcić moją córeczkę M. 

Po przyjeździe skontaktowałam się z księdzem A., chciałam się wyspowiadać.

Pamiętam, że spowiedź odbyła się w dolnym kościele nie jak to zwykle bywa w konfesjonale, ale siedzieliśmy w ławce i ta spowiedź była bardziej w formie rozmowy.

Długo się nie widzieliśmy i opowiedziałam księdzu wszystko od początku, o wszystkim co się działo ze mną złego, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Pamiętam, że jak skończyłam spowiedź słowami, no i urodziłam M. i Bóg wlał mi tak ogromną miłość do niej,a w tą niedzielę odbędzie się jej chrzest.

Ksiądz A. z radosnym okrzykiem powiedział: "Cudownie, zrobię wszystko abym to ja mógł ją ochrzcić"  i tak się stało.

M. została ochrzczona 21 października 2007 r.

Podczas ceremonii chrztu ksiądz A. wręcz wykrzyknął jej imię kiedy wypowiadał słowa "Ja ciebie chrzczę M..... w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego"

Po chrzcie powiedział do mnie: "Dbaj o nią to imię, które jej nadałaś będzie ją chroniło, ale będzie też narażona na wiele ataków złego, Maryja jednak nie da jej skrzywdzić".

Podczas tego pobytu poznałam A. Sz., która zaprosiła mnie do siebie. 

Była u niej jakaś koleżanka, która powiedziała do mnie: "Widzę, że jesteś blisko Jezusa, tylko nie wiem czemu jest cały we krwi".

Nie wiedziałam jeszcze o tym co mogą oznaczać te słowa...

środa, 23 sierpnia 2023

Narodziny M.

Całą ciążę miałam depresję nie wiedziałam co to będzie, czy sobie poradzę w obcym kraju sama z dwójką dzieci. 

Często płakałam i prosiłam Boga o pomoc w tej całej sytuacji, w której się znalazłam bo chciałam iść własną drogą zamiast słuchać jego głosu.

Dnia 1 czerwca 2007 roku w dziewiątym miesiącu ciąży wzięłam już urlop macierzyński, który w Irlandii trwa 6 miesięcy po tym okresie trzeba wrócić do pracy.

Czas płynął i dnia 28 czerwca 2007 r., po 54 godzinnych bólach o godzinie 6.40 czasu irlandzkiego urodziłam dziewczynkę. 

Kiedy podano mi ją na ręce Bóg wlał w moje serce taką wielką miłość do niej. 

Była taka malutka, bezbronna, dla mnie najpiękniejsza na świecie.

Czułam wstyd, że podczas ciąży miałam takie rozterki i myśli. 

Nie odstępowałam jej na krok.

Bóg przemienił moje serce wówczas i dostałam taki pokój, a w sercu rozlewała się miłość.

Nie bałam się już o przyszłość, o niczym nie myślałam.

Wierzyłam w to, że Bóg nie pozwoli nas skrzywdzić, przecież zawsze jest przy nas, jest dobry.

Czas płynął Bóg nam błogosławił i niczego nam nie brakowało.

Wiedziałam jednak, iż będę musiała wrócić do pracy w listopadzie. 

Nie wyobrażałam sobie, że takie maleństwo mogłabym komuś powierzyć.

Zaczęłam szukać informacji, czy jest jakaś możliwość, abym mogła zostać z nią w domu.

Wiedziałam, że pierwsze 3 lata dziecka są najważniejsze, że wtedy nawiązuje się głęboka więź miedzy dzieckiem, a rodzicem.

I znalazłam sposób. 

W google znalazłam informację, że jako samotna matka mogę złożyć dokumenty na zasiłek dla samotnej matki, który należy złożyć do 3 miesiąca po urodzeniu dziecka. 

Udałam się więc do biura informacyjnego, aby dowiedzieć się czy jako Polka mieszkająca od roku w Irlandii mogłabym z tego skorzystać. 

Odpowiedź brzmiała nie. 

Nie poddałam się i pomimo takiej informacji złożyłam dokumenty.

Bardzo się bałam.

Kiedy wezwano mnie na rozmowę do social welfare, nie znałam dobrze języka i miałam świadomość, że mogą mi nie przyznać zasiłku. 

Nie mieszkam w Irlandii dość długo, a z informacji, które uzyskałam dopiero po 2 latach mogłabym starać się o taki zasiłek.

I tu z pomocą przyszła mi mama. 

Przypomniała mi, że kiedyś pewien ksiądz opowiadał, że kiedy mamy do załatwienia jakąś ważną sprawę przed załatwieniem jej możemy powiedzieć krótki egzorcyzm brzmiał chyba tak: „Żywy płomieniu Niepokalanego Serca Maryi oślepiaj szatana”, który należało powtórzyć 3 razy. 

Tak też zrobiłam.

Po kilku chwilach zawołano mnie na rozmowę. 

Pani inspektor była miła, zadawała wiele pytań. 

Między innymi o ojca dziecka, dlaczego nie założyłam sprawy o alimenty itp.

Rozmowa stawała się coraz bardziej napięta, najwidoczniej chciała znaleźć pretekst by mi odmówić i wówczas Maryja mi pomogła.

Kiedy Pani inspektor zaczęła zadawać coraz bardziej skomplikowane pytania, jakby pod odmowę, ktoś jakby ręką strącał dokumenty z biurka na podłogę. 

Kobieta 3 razy się schylała, aż chyba zapomniała o co chciała zapytać. 

Tak to odebrałam. 

Spotkanie się skończyło i w ciągu miesiąca miałam otrzymać odpowiedź.

W niecierpliwości oczekiwałam na nią i doczekałam się - była pozytywna.

I znowu mały cud mogłam zostać z dziećmi w domu tak długo jak chciałam. 

Bóg zadbał o wszystko ...

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Święta Wielkanocne 2007

Wraz z moim synem zaplanowaliśmy, że Święta Wielkanocne spędzimy w Polsce. 

Ponieważ byłam już w 7 miesiącu ciąży do Polski wybraliśmy się autokarem.

Po 11 miesiącach przyjechałam po raz pierwszy od czasu wyjazdu do Irlandii do Polski.

Pamiętam naszą radość, chociaż wstydziłam się, sytuacji w jakiej byłam. 

Myślałam co powiedzą sąsiedzi, jak będą na mnie patrzeć we wspólnocie, którą bardzo chciałam odwiedzić. 

Bałam się reakcji każdej napotkanej osoby.

Pomimo moich obaw był to wspaniały czas. 

Mogłam uczestniczyć w polskiej mszy świętej, pójść do spowiedzi w swojej parafii.

Nastało Tridium Paschalne i stała się rzecz, której się nie spodziewałam. 

Stałam na końcu kościoła obok mojej mamy, był Wielki Piątek i nagle znalazłam się tak jakby gdzieś indziej. 

Widziałam mękę Pana Jezusa, nie przestawałam płakać.

Widziane przeze mnie obrazy były tak autentyczne. 

Przez łzy widziałam, że ludzie stojący obok patrzyli na mnie, ale ja nie mogłam tego zatrzymać. 

Chciałam się schować, stać się niewidzialna. 

Z jednej strony byłam świadoma co się dzieje, z drugiej wstydziłam się tych ludzi, którzy tego nie wiedzieli.

Po tym doświadczeniu zdałam sobie sprawę, że te wszystkie rany cielesne zadane Jezusowi są spowodowane przez takie osoby jak ja. 

Było mi przykro obiecałam sobie, że już nigdy w ten sposób nie zgrzeszę, nie chcę ranić mojego Pana i Boga.

Święta spędziłam z rodziną i zbliżał się czas naszego powrotu do Irlandii.

Nie pamiętam który to był dzień. 

Mama zaproponowała mi, abym poszła z nią do Pani W., która organizowała spotkanie ich grupki. 

Poszłyśmy opowiedziałam im o moich przeżyciach i o imionach, które wybrałam. 

Gdyby urodził się chłopiec miał mieć na imię Ł., dziewczynka miała mieć na imię M.

Po spotkaniu Pani W. zaproponowała mi modlitwę wstawienniczą, zgodziłam się.

Podczas modlitwy powiedziała mi takie słowa: "Dzięki temu, że pokażesz to dziecko całemu światu nigdy niczego wam nie zabraknie". 

Po chwili dotknęła mojego brzucha i powiedziała "M. pamiętaj, że ciocia cię głaskała".

Nie wiedziałam jeszcze wtedy czy będzie to chłopiec czy dziewczynka.

Nawet po tej modlitwie nie wierzyłam, że mogłaby być to dziewczynka. 

Czekałam na chłopca...

piątek, 18 sierpnia 2023

Kolejne kłopoty....

Mogłoby się wydawać, że tylko będzie lepiej. 

Bóg mi błogosławił, a ja byłam mu wdzięczna za wszystko. 

W pracy się układało, języka angielskiego uczyłam się pracując z Irlandczykami. 

Poprosiłam, aby mnie poprawiali jak będę mówiła niepoprawnie. 

Wzięli sobie to mocno do serca, czasami to, aż zła byłam.

Zdarzały się też wpadki, koleżanka z pracy kiedyś poprosiła mnie abym przyniosła pomidory, ja zrozumiałam, że mam przynieść ziemniaki. 

Po drodze jeszcze myśląc po co jej ziemniaki jak sałatkę robi. 

Z chłodni cały worek ziemniaków jej przyniosłam, a ona parsknęła śmiechem i dopiero zrozumiałam, że chodziło o pomidory 😂.

Czas płynął, wieczorami rozmawiałam z A. jakie są ceny apartamentów i domów jak to wszystko załatwić itp. 

Miałam już stałą pracę, więc już chciałam zaplanować przyjazd mojego syna, który został z babcią w Polsce. 

Chciałam, aby jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego był ze mną.

Trochę jednak się pokomplikowało. 

W dzień mojej wypłaty, rozliczyłam się z  A. za miesiąc pobytu u niej, (a umówiłyśmy się, że będę jej płacić za ten malutki pokój 30 euro tygodniowo) oraz zapłaciłam  jej też 120 euro na poczet przyszłego miesiąca. 

Ona jednak powiedziała, że te 120 euro miesięcznie to było na start i teraz zażądała ode mnie 125 euro tygodniowo, (mieszkałam w szczerym polu 5 mil od miasta, gdzie w centrum mogłam wynająć wtedy pokój od 150 do 200 euro miesięcznie). 

Zrobiłam wielkie oczy, przecież w tym domu razem ze mną mieszkało 5 osób. 

Wszystkie opłaty miesięczne wynosiły 500 euro. 

O co chodzi, pomyślałam, że chce mnie tak wykorzystać. 

Więc powiedziałam jej o tym, a ona swoje.

Nie wytrzymałam spytałam się jej czy na pewno studia skończyła, bo chyba liczyć nie potrafi. 

Było już po 22, ona rozzłoszczona rzuciła mi pieniądze, które wcześniej jej dałam na zaś i powiedziała, że jeszcze dzisiaj mam się wynieść z jej domu.

Nie znałam nikogo oprócz D., który mi pomógł. 

Zadzwoniłam do niego.  

Znowu mi pomógł, powiedział ok to póki nie znajdziesz czegoś dla siebie, będziesz mogła spać u nas w salonie.

Poprosiłam A., aby odwiozła mnie do centrum, a tam miałam się spotkać z D.

Była połowa lipca, mieszkaliśmy tak sobie, spędzaliśmy czas na długich wieczornych rozmowach. 

Brakowało mi tego. 

I zostaliśmy parą. 

Później to już żyliśmy jak mąż i żona.

W sierpniu przyjechał już do mnie mój syn, którego musiałam przygotować na to, że poznałam kogoś i chciałabym abyśmy stworzyli rodzinę.

Przyjął to ok, ale zauważyłam, że D. ma problem z alkoholem i zazdrością o mojego syna. 

Przeszkadzało mu nawet to, że w środku nocy kiedy syn mój  gorączkował, musiałam w środku nocy wstać do niego.

Zwierzyłam się z tego B., z którą pracowałam. 

Poradziła mi, żebym to skończyła póki czas, bo nie mogę tak dawać się traktować.

Posłuchałam jej i 12 października zerwałam z D., chociaż wciąż mieszkaliśmy razem.

Spóźniała mi się miesiączka, zrobiłam test i okazało się, że jestem w ciąży. 

Świat mi się wtedy zawalił. 

Powiedziałam o tym D., a on pomimo swojego wieku, a był ode mnie starszy 7 lat, zareagował jak mały chłopiec. 

Powiedział: o k…….. ja p….. to ja się ubezpieczę, a Ty mnie zabij za 3 miesiące.

Wiedziałam, że będzie mi ciężko, było mi wstyd przed Bogiem, że przez chwilę zapomniałam o tym, że nie powinnam się wiązać bez ślubu. 

Wpadłam w depresję, a jakby tego było mało to zły ciągle szeptał mi do ucha i cieszył się z tego co się dzieje.

Zaczęłam wtedy myśleć o aborcji - tak nawet o niej. 

Ale nie mogłabym tego zrobić, więc przestawiałam meble, dźwigałam, chciałam poronić. 

Kiedy nic się nie działo zaczęłam modlić się do Boga, że jest przecież Wszechmogący jest tyle kobiet, które pragną dzieci i prosiłam, aby przeniósł to dziecko do innego brzucha. 

Wiem teraz może się to wydawać okrutne, ale taka jest prawda. 

Tak się zachowywałam, nie chciałam tego dziecka, nie chciałam go nawet pokochać.

Wtedy mój 10 letni syn widząc jak cierpię i co mam w głowie powiedział do mnie "Mamo proszę nie myśl o aborcji, przecież ja już jestem duży pomogę Ci, damy sobie radę".

Moje dziecko było bardziej dojrzałe niż 37 letni facet.

W styczniu dostałam kredyt i wynajęłam apartament.

Czułam jednak, że muszę iść do spowiedzi. 

Nie pamiętam kiedy, ani jaki był dzień, pojechałam specjalnie do Dublina do polskiego księdza, by oczyścić się z grzechów, które mnie przygniatały i przeprosić dobrego Boga za to wszystko.

Pogodziłam się już z ciążą, przeprosiłam moje jeszcze nienarodzone dziecko, za to co chciałam zrobić, ale i tak nie czułam miłości.

Ksiądz wysłuchał mojej spowiedzi po czym powiedział "Zobacz córko znowu po 11 latach spotkało Cię to samo, wydaje mi się, że pomimo twojej przemiany i skończonego kursu Alfa Bóg dopuścił do tej sytuacji, bo chce Ci coś jeszcze powiedzieć".

Dało mi to do myślenia, od tamtej pory codziennie żyłam w obecności Boga, ale do dziecka nic nie czułam...

środa, 16 sierpnia 2023

Pomoc Aniołów i znalezienie pracy

Czerwiec już się kończył, a ja nadal byłam bez pracy, pieniądze się już skończyły. 

Byłam głodna i załamana.

A. u której mieszkałam powiedziała mi, że jeśli nie znajdę pracy do 30 czerwca to będę musiała wrócić do Polski, tym bardziej byłam smutna.

Bóg jednak pocieszał mnie i mówił, że będzie dobrze, że mam być cierpliwa.

Był niedzielny wieczór, po mszy świętej poszłam nad rzekę. 

Usiadłam na jednej z ławek.

Rozkleiłam się, cichutko płakałam.

Obok mnie na drugiej ławce siedzieli dwaj mężczyźni, byli to Polacy, którzy nie wiedzieli, że ja też jestem Polką.

Zaczęli między sobą o mnie rozmawiać, wówczas uśmiechnęłam się do nich. 

Zauważyli, że też jestem Polką.

Spytali dlaczego jestem taka smutna, więc powiedziałam im, że od miesiąca nie mogę znaleźć pracy. 

Wtedy radośnie powiedzieli: "My Ci pomożemy, przecież D. pracuje w restauracji, a tam szukają kucharzy".

Zadzwonili zaraz do D., a on poprosił mnie do telefonu. 

Na drugi dzień umówiłam się z nim podczas jego przerwy na lunch.

Spotkaliśmy się i poszedł ze mną do FRS do G., który był pośrednikiem pracy i zaczął z nim rozmawiać. 

D. powiedział: "G. tyle kucharzy potrzebują, a ja spotykam moją dawną przyjaciółkę i mi mówi, że od miesiąca pracy nie ma..." itd.

G. poznałam miesiąc wcześniej, zapisałam się do jego agencji z prośbą o znalezienie dla mnie pracy. 

Wypisując formularz zgłoszeniowy pisałam moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe nic o tym, że mogłabym pracować jako kucharz. 

Przecież nigdy nim nie byłam. 😉

G. bardzo się ucieszył jeszcze tego samego wieczoru dostałam wiadomość, że  za dwa dni mam iść na próbny dzień pracy do na godzinę 9.30 rano.

Radość mnie rozpierała. 

Byłam wdzięczna Bogu. 

A. przecież dała mi czas do 30 czerwca, a miałam stawić się 29 tego do pracy. 

Boże jesteś cudowny pomyślałam, ale bałam się jak nigdy.

Wtedy przypomniałam sobie o książce, którą D. koleżanka ze wspólnoty dała mi przed moim wyjazdem. 

Była to książka Joan Western Anderson pt. „Anielskie Drogi – Prawdziwe historie o gościach z niebios”. 

Wcześniej już ją zdążyłam całą przeczytać.

Nadszedł ten dzień...

Przed pójściem do pracy udałam się do Katedry i prosiłam Dobrego Boga o to, aby zesłał mi Aniołów z nieba, by pomogli mi dostać tę pracę. 

Uwierzyłam, że to dla mnie zrobi. 

Chodź pełna obaw i na dodatek brak znajomości języka angielski stawiłam się w pracy. 

Mówiąc: "Hello I am Joanna, I am Chef" itd.

Podszedł do mnie Head Chef i kazał mi wykonać pierwsze zadanie. 

Modliłam się w duszy "Boże ześlij mi aniołów potrzebuję Twojej pomocy".

W ten dzień na próbę przyszło kilka osób, z których mieli wybrać tą z którą będą chcieli współpracować.

Zauważyłam, że każde zadanie które dostaje do zrobienia wychodzi mi perfekcyjnie. 

Czułam, że to nie są moje dłonie. 

Bóg zesłał mi pomoc. Naprawdę pomaga mi, pomyślałam.

Dzień w pracy się skończył i przyjęli mnie do pracy. 

Bogu niech będą dzięki. 

Wracałam taka radosna. Uwielbiając Go całym sercem.

Skąd wiem, że to była pomoc z nieba, a stąd, że kolejne dni już nie były takie jak ten pierwszy. 

Kaleczyłam jak nic...

To co pierwszego dnia wychodziło mi perfekcyjnie, w kolejnych dniach wstyd się przyznać, nie umiałam poprawnie nawet noża utrzymać, a tym bardziej profesjonalnie kroić.

Trafiłam jednak na dobrych ludzi.

Head Chef kiedy to zauważył, wziął mnie na bok i uczył jak mam trzymać nóż, jak kroić warzywa itd.

Codziennie było coraz lepiej, po kilku tygodniach nauczyłam się tego, co w dzień pierwszy mojej pracy, kiedy pomagali mi Aniołowie...

Misja opiekun

Ponad rok nie mogłam znaleźć pracy. Zaczęłam upadać na duchu, załamałam się. Tydzień przed znalezieniem pracy zawołałam do Boga, że nie daję...