środa, 30 sierpnia 2023

Kolejny mały cud

W styczniu 2009 roku przyleciała do nas moja mama, która miała z nami zamieszkać i zaopiekować się moimi dziećmi bym mogła wrócić do pracy.

W grudniu przeszła na wcześniejszą emeryturę, więc przyleciała mi pomóc.

Byłam przeszczęśliwa, że babcia zajmie się moją córeczką i synem.

Podczas ciąży i później jak urodziłam M. miałam problem z kręgosłupem, biodro moje było wygięte w prawą stronę, lecz nigdy nie prosiłam o to, by Bóg mnie uzdrowił.

Pewnego dnia chyba był miesiąc styczeń nie pamiętam jaki był to dzień, wracając ze sklepu z zakupami, przechodząc koło kościoła Kapucynów na Fairy Street usłyszałam jakby Bóg mnie zaprasza.

W głowie słyszałam głos: "Wejdź do mnie", jednak szłam dalej. 

Ominęłam kościół i znowu ten wewnętrzny głos: "Proszę wejdź do mnie chociaż na 5 minut".

Pomyślałam: ok przecież nawet jeśli mam jakieś schizy to i tak nikt o tym nie wie, bo to się dzieje w mojej głowie 😁

Zawróciłam więc, weszłam do środka po prawej stronie ołtarza była figura Serca Jezusa, a wzdłuż kościoła zaraz przy ołtarzu Matka Bolesna trzymająca Syna na kolanach.

Postawiłam siatki z zakupami, uklękłam przed Jezusem i zaczęłam modlić się modlitwą Ojcze Nasz, wówczas poczułam jakby ktoś położył mi rękę na czole i pchał mnie do tyłu odchylając moje ciało.

Upadłam na posadzkę w kościele, byłam cały czas świadoma, wiedziałam, że mógł być to Duch Święty, ale nie wiedziałam co chciał uzdrowić. 

Wstałam, uklękłam i ponownie odmówiłam modlitwę po czym wstałam, wzięłam siatki i wyszłam. 

Z kościoła do domu miałam jakieś 5 min piechotą, zauważyłam podczas tej drogi, że jakby moje kręgi w kręgosłupie się przestawiają, kiedy wróciłam do domu, moje biodro nie było już przekrzywione w prawą stronę.

Chciałam podzielić się moją radością i doświadczeniem z moją mamą, ale ona nie wierzy w taki sposób jak ja 😉

Pewnie dlatego nie nadajemy na tych samych falach i pomimo tego, że obie przeszłyśmy kurs Alfa bardzo różni się nasza relacja z Bogiem.

Czasem zastanawiam się jak to możliwe...

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

Piesza Pielgrzymka do Częstochowy rok 2008

Wszystko się układało, żyliśmy sobie we troje i było cudownie. 

Był przecież z nami najlepszy przyjaciel Jezus. 😊

Oczywiście nie można powiedzieć, że nie było też złych dni, chwil smutnych i mniej cudownych. 

Tak jak w życiu każdego z nas, są dni dobre i mniej dobre.

Postanowiłam, że w te wakacje pojedziemy do Polski, aż na 6 tygodni.

I tak też się stało. 

W połowie lipca 2008 roku wylądowaliśmy na polskiej ziemi, aby spędzić z najbliższymi wspaniały czas.

Będąc w Polsce jednak zaczęłam żałować, że przyjechałam na tak długo. 

Konflikty z mamą się nasilały, zaczęłam tęsknić za Irlandią, za naszym domem, za spokojem, który tam miałam. 😞

I wówczas przyszła mi myśl, pewnie nie moja. 

Wiedziałam, że za chwilę wyruszać będzie piesza pielgrzymka do Częstochowy postanowiłam, że pójdę na nią podziękować za wszystko Maryi i Bogu.

I tak się stało.

Zanim wyruszyłam na szlak Toruń – Częstochowa, M. koleżanka, którą poznałam powiedziała, że mam iść w intencjach Maryi, że ona będzie wiedziała komu oddać te łaski, które wymodlę.

Tak też zrobiłam. 

Początki były straszne. 

Czułam, że toczy się we mnie walka duchowa.

Nie wytrzymałam, oddaliłam się od grupy pielgrzymów  i tak zaczęłam płakać, nie wiedziałam jednak dlaczego, nie miałam przecież powodu do płaczu.

Podczas całej pielgrzymki codziennie o godz. 3.00 w nocy budziłam się słysząc łańcuchy, klucze różne dźwięki. 

Nie bałam się. 

Pewnego dnia zapytałam jednej z sióstr zakonnych: "Czy istnieje godzina demonów między 3.00, a 4.00 ?", bo gdzieś o tym czytałam. 

Spytała: "Czemu się pytam?", opowiedziałam jej w skrócie czego doświadczam co noc. 

Wówczas powiedziała, że istnieje.

Trasę przeszłam całą, pomagałam przy osobach niepełnosprawnych, zaprzyjaźniłam się z grupą osób, które studiowały teologie. 

Nie miałam ani jednego pęcherza i siłę jakby z nieba.

W Częstochowie zawierzyłam swoje dzieci Maryi i oddałam je pod Jej opiekę.

Całą pielgrzymkę nie paliłam papierosów. 😬

Po powrocie byłam pełna pokoju, nie reagowałam na zaczepki ze strony mojej mamy. 

Byłam radosna i czułam, że Bóg nas kocha.

Nadszedł dzień powrotu i wróciliśmy cali i zdrowi do domku, do Irlandii....

piątek, 25 sierpnia 2023

Chrzest M.

W październiku 2007 roku przylecieliśmy do Polski ochrzcić moją córeczkę M. 

Po przyjeździe skontaktowałam się z księdzem A., chciałam się wyspowiadać.

Pamiętam, że spowiedź odbyła się w dolnym kościele nie jak to zwykle bywa w konfesjonale, ale siedzieliśmy w ławce i ta spowiedź była bardziej w formie rozmowy.

Długo się nie widzieliśmy i opowiedziałam księdzu wszystko od początku, o wszystkim co się działo ze mną złego, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Pamiętam, że jak skończyłam spowiedź słowami, no i urodziłam M. i Bóg wlał mi tak ogromną miłość do niej,a w tą niedzielę odbędzie się jej chrzest.

Ksiądz A. z radosnym okrzykiem powiedział: "Cudownie, zrobię wszystko abym to ja mógł ją ochrzcić"  i tak się stało.

M. została ochrzczona 21 października 2007 r.

Podczas ceremonii chrztu ksiądz A. wręcz wykrzyknął jej imię kiedy wypowiadał słowa "Ja ciebie chrzczę M..... w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego"

Po chrzcie powiedział do mnie: "Dbaj o nią to imię, które jej nadałaś będzie ją chroniło, ale będzie też narażona na wiele ataków złego, Maryja jednak nie da jej skrzywdzić".

Podczas tego pobytu poznałam A. Sz., która zaprosiła mnie do siebie. 

Była u niej jakaś koleżanka, która powiedziała do mnie: "Widzę, że jesteś blisko Jezusa, tylko nie wiem czemu jest cały we krwi".

Nie wiedziałam jeszcze o tym co mogą oznaczać te słowa...

środa, 23 sierpnia 2023

Narodziny M.

Całą ciążę miałam depresję nie wiedziałam co to będzie, czy sobie poradzę w obcym kraju sama z dwójką dzieci. 

Często płakałam i prosiłam Boga o pomoc w tej całej sytuacji, w której się znalazłam bo chciałam iść własną drogą zamiast słuchać jego głosu.

Dnia 1 czerwca 2007 roku w dziewiątym miesiącu ciąży wzięłam już urlop macierzyński, który w Irlandii trwa 6 miesięcy po tym okresie trzeba wrócić do pracy.

Czas płynął i dnia 28 czerwca 2007 r., po 54 godzinnych bólach o godzinie 6.40 czasu irlandzkiego urodziłam dziewczynkę. 

Kiedy podano mi ją na ręce Bóg wlał w moje serce taką wielką miłość do niej. 

Była taka malutka, bezbronna, dla mnie najpiękniejsza na świecie.

Czułam wstyd, że podczas ciąży miałam takie rozterki i myśli. 

Nie odstępowałam jej na krok.

Bóg przemienił moje serce wówczas i dostałam taki pokój, a w sercu rozlewała się miłość.

Nie bałam się już o przyszłość, o niczym nie myślałam.

Wierzyłam w to, że Bóg nie pozwoli nas skrzywdzić, przecież zawsze jest przy nas, jest dobry.

Czas płynął Bóg nam błogosławił i niczego nam nie brakowało.

Wiedziałam jednak, iż będę musiała wrócić do pracy w listopadzie. 

Nie wyobrażałam sobie, że takie maleństwo mogłabym komuś powierzyć.

Zaczęłam szukać informacji, czy jest jakaś możliwość, abym mogła zostać z nią w domu.

Wiedziałam, że pierwsze 3 lata dziecka są najważniejsze, że wtedy nawiązuje się głęboka więź miedzy dzieckiem, a rodzicem.

I znalazłam sposób. 

W google znalazłam informację, że jako samotna matka mogę złożyć dokumenty na zasiłek dla samotnej matki, który należy złożyć do 3 miesiąca po urodzeniu dziecka. 

Udałam się więc do biura informacyjnego, aby dowiedzieć się czy jako Polka mieszkająca od roku w Irlandii mogłabym z tego skorzystać. 

Odpowiedź brzmiała nie. 

Nie poddałam się i pomimo takiej informacji złożyłam dokumenty.

Bardzo się bałam.

Kiedy wezwano mnie na rozmowę do social welfare, nie znałam dobrze języka i miałam świadomość, że mogą mi nie przyznać zasiłku. 

Nie mieszkam w Irlandii dość długo, a z informacji, które uzyskałam dopiero po 2 latach mogłabym starać się o taki zasiłek.

I tu z pomocą przyszła mi mama. 

Przypomniała mi, że kiedyś pewien ksiądz opowiadał, że kiedy mamy do załatwienia jakąś ważną sprawę przed załatwieniem jej możemy powiedzieć krótki egzorcyzm brzmiał chyba tak: „Żywy płomieniu Niepokalanego Serca Maryi oślepiaj szatana”, który należało powtórzyć 3 razy. 

Tak też zrobiłam.

Po kilku chwilach zawołano mnie na rozmowę. 

Pani inspektor była miła, zadawała wiele pytań. 

Między innymi o ojca dziecka, dlaczego nie założyłam sprawy o alimenty itp.

Rozmowa stawała się coraz bardziej napięta, najwidoczniej chciała znaleźć pretekst by mi odmówić i wówczas Maryja mi pomogła.

Kiedy Pani inspektor zaczęła zadawać coraz bardziej skomplikowane pytania, jakby pod odmowę, ktoś jakby ręką strącał dokumenty z biurka na podłogę. 

Kobieta 3 razy się schylała, aż chyba zapomniała o co chciała zapytać. 

Tak to odebrałam. 

Spotkanie się skończyło i w ciągu miesiąca miałam otrzymać odpowiedź.

W niecierpliwości oczekiwałam na nią i doczekałam się - była pozytywna.

I znowu mały cud mogłam zostać z dziećmi w domu tak długo jak chciałam. 

Bóg zadbał o wszystko ...

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Święta Wielkanocne 2007

Wraz z moim synem zaplanowaliśmy, że Święta Wielkanocne spędzimy w Polsce. 

Ponieważ byłam już w 7 miesiącu ciąży do Polski wybraliśmy się autokarem.

Po 11 miesiącach przyjechałam po raz pierwszy od czasu wyjazdu do Irlandii do Polski.

Pamiętam naszą radość, chociaż wstydziłam się, sytuacji w jakiej byłam. 

Myślałam co powiedzą sąsiedzi, jak będą na mnie patrzeć we wspólnocie, którą bardzo chciałam odwiedzić. 

Bałam się reakcji każdej napotkanej osoby.

Pomimo moich obaw był to wspaniały czas. 

Mogłam uczestniczyć w polskiej mszy świętej, pójść do spowiedzi w swojej parafii.

Nastało Tridium Paschalne i stała się rzecz, której się nie spodziewałam. 

Stałam na końcu kościoła obok mojej mamy, był Wielki Piątek i nagle znalazłam się tak jakby gdzieś indziej. 

Widziałam mękę Pana Jezusa, nie przestawałam płakać.

Widziane przeze mnie obrazy były tak autentyczne. 

Przez łzy widziałam, że ludzie stojący obok patrzyli na mnie, ale ja nie mogłam tego zatrzymać. 

Chciałam się schować, stać się niewidzialna. 

Z jednej strony byłam świadoma co się dzieje, z drugiej wstydziłam się tych ludzi, którzy tego nie wiedzieli.

Po tym doświadczeniu zdałam sobie sprawę, że te wszystkie rany cielesne zadane Jezusowi są spowodowane przez takie osoby jak ja. 

Było mi przykro obiecałam sobie, że już nigdy w ten sposób nie zgrzeszę, nie chcę ranić mojego Pana i Boga.

Święta spędziłam z rodziną i zbliżał się czas naszego powrotu do Irlandii.

Nie pamiętam który to był dzień. 

Mama zaproponowała mi, abym poszła z nią do Pani W., która organizowała spotkanie ich grupki. 

Poszłyśmy opowiedziałam im o moich przeżyciach i o imionach, które wybrałam. 

Gdyby urodził się chłopiec miał mieć na imię Ł., dziewczynka miała mieć na imię M.

Po spotkaniu Pani W. zaproponowała mi modlitwę wstawienniczą, zgodziłam się.

Podczas modlitwy powiedziała mi takie słowa: "Dzięki temu, że pokażesz to dziecko całemu światu nigdy niczego wam nie zabraknie". 

Po chwili dotknęła mojego brzucha i powiedziała "M. pamiętaj, że ciocia cię głaskała".

Nie wiedziałam jeszcze wtedy czy będzie to chłopiec czy dziewczynka.

Nawet po tej modlitwie nie wierzyłam, że mogłaby być to dziewczynka. 

Czekałam na chłopca...

piątek, 18 sierpnia 2023

Kolejne kłopoty....

Mogłoby się wydawać, że tylko będzie lepiej. 

Bóg mi błogosławił, a ja byłam mu wdzięczna za wszystko. 

W pracy się układało, języka angielskiego uczyłam się pracując z Irlandczykami. 

Poprosiłam, aby mnie poprawiali jak będę mówiła niepoprawnie. 

Wzięli sobie to mocno do serca, czasami to, aż zła byłam.

Zdarzały się też wpadki, koleżanka z pracy kiedyś poprosiła mnie abym przyniosła pomidory, ja zrozumiałam, że mam przynieść ziemniaki. 

Po drodze jeszcze myśląc po co jej ziemniaki jak sałatkę robi. 

Z chłodni cały worek ziemniaków jej przyniosłam, a ona parsknęła śmiechem i dopiero zrozumiałam, że chodziło o pomidory 😂.

Czas płynął, wieczorami rozmawiałam z A. jakie są ceny apartamentów i domów jak to wszystko załatwić itp. 

Miałam już stałą pracę, więc już chciałam zaplanować przyjazd mojego syna, który został z babcią w Polsce. 

Chciałam, aby jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego był ze mną.

Trochę jednak się pokomplikowało. 

W dzień mojej wypłaty, rozliczyłam się z  A. za miesiąc pobytu u niej, (a umówiłyśmy się, że będę jej płacić za ten malutki pokój 30 euro tygodniowo) oraz zapłaciłam  jej też 120 euro na poczet przyszłego miesiąca. 

Ona jednak powiedziała, że te 120 euro miesięcznie to było na start i teraz zażądała ode mnie 125 euro tygodniowo, (mieszkałam w szczerym polu 5 mil od miasta, gdzie w centrum mogłam wynająć wtedy pokój od 150 do 200 euro miesięcznie). 

Zrobiłam wielkie oczy, przecież w tym domu razem ze mną mieszkało 5 osób. 

Wszystkie opłaty miesięczne wynosiły 500 euro. 

O co chodzi, pomyślałam, że chce mnie tak wykorzystać. 

Więc powiedziałam jej o tym, a ona swoje.

Nie wytrzymałam spytałam się jej czy na pewno studia skończyła, bo chyba liczyć nie potrafi. 

Było już po 22, ona rozzłoszczona rzuciła mi pieniądze, które wcześniej jej dałam na zaś i powiedziała, że jeszcze dzisiaj mam się wynieść z jej domu.

Nie znałam nikogo oprócz D., który mi pomógł. 

Zadzwoniłam do niego.  

Znowu mi pomógł, powiedział ok to póki nie znajdziesz czegoś dla siebie, będziesz mogła spać u nas w salonie.

Poprosiłam A., aby odwiozła mnie do centrum, a tam miałam się spotkać z D.

Była połowa lipca, mieszkaliśmy tak sobie, spędzaliśmy czas na długich wieczornych rozmowach. 

Brakowało mi tego. 

I zostaliśmy parą. 

Później to już żyliśmy jak mąż i żona.

W sierpniu przyjechał już do mnie mój syn, którego musiałam przygotować na to, że poznałam kogoś i chciałabym abyśmy stworzyli rodzinę.

Przyjął to ok, ale zauważyłam, że D. ma problem z alkoholem i zazdrością o mojego syna. 

Przeszkadzało mu nawet to, że w środku nocy kiedy syn mój  gorączkował, musiałam w środku nocy wstać do niego.

Zwierzyłam się z tego B., z którą pracowałam. 

Poradziła mi, żebym to skończyła póki czas, bo nie mogę tak dawać się traktować.

Posłuchałam jej i 12 października zerwałam z D., chociaż wciąż mieszkaliśmy razem.

Spóźniała mi się miesiączka, zrobiłam test i okazało się, że jestem w ciąży. 

Świat mi się wtedy zawalił. 

Powiedziałam o tym D., a on pomimo swojego wieku, a był ode mnie starszy 7 lat, zareagował jak mały chłopiec. 

Powiedział: o k…….. ja p….. to ja się ubezpieczę, a Ty mnie zabij za 3 miesiące.

Wiedziałam, że będzie mi ciężko, było mi wstyd przed Bogiem, że przez chwilę zapomniałam o tym, że nie powinnam się wiązać bez ślubu. 

Wpadłam w depresję, a jakby tego było mało to zły ciągle szeptał mi do ucha i cieszył się z tego co się dzieje.

Zaczęłam wtedy myśleć o aborcji - tak nawet o niej. 

Ale nie mogłabym tego zrobić, więc przestawiałam meble, dźwigałam, chciałam poronić. 

Kiedy nic się nie działo zaczęłam modlić się do Boga, że jest przecież Wszechmogący jest tyle kobiet, które pragną dzieci i prosiłam, aby przeniósł to dziecko do innego brzucha. 

Wiem teraz może się to wydawać okrutne, ale taka jest prawda. 

Tak się zachowywałam, nie chciałam tego dziecka, nie chciałam go nawet pokochać.

Wtedy mój 10 letni syn widząc jak cierpię i co mam w głowie powiedział do mnie "Mamo proszę nie myśl o aborcji, przecież ja już jestem duży pomogę Ci, damy sobie radę".

Moje dziecko było bardziej dojrzałe niż 37 letni facet.

W styczniu dostałam kredyt i wynajęłam apartament.

Czułam jednak, że muszę iść do spowiedzi. 

Nie pamiętam kiedy, ani jaki był dzień, pojechałam specjalnie do Dublina do polskiego księdza, by oczyścić się z grzechów, które mnie przygniatały i przeprosić dobrego Boga za to wszystko.

Pogodziłam się już z ciążą, przeprosiłam moje jeszcze nienarodzone dziecko, za to co chciałam zrobić, ale i tak nie czułam miłości.

Ksiądz wysłuchał mojej spowiedzi po czym powiedział "Zobacz córko znowu po 11 latach spotkało Cię to samo, wydaje mi się, że pomimo twojej przemiany i skończonego kursu Alfa Bóg dopuścił do tej sytuacji, bo chce Ci coś jeszcze powiedzieć".

Dało mi to do myślenia, od tamtej pory codziennie żyłam w obecności Boga, ale do dziecka nic nie czułam...

środa, 16 sierpnia 2023

Pomoc Aniołów i znalezienie pracy

Czerwiec już się kończył, a ja nadal byłam bez pracy, pieniądze się już skończyły. 

Byłam głodna i załamana.

A. u której mieszkałam powiedziała mi, że jeśli nie znajdę pracy do 30 czerwca to będę musiała wrócić do Polski, tym bardziej byłam smutna.

Bóg jednak pocieszał mnie i mówił, że będzie dobrze, że mam być cierpliwa.

Był niedzielny wieczór, po mszy świętej poszłam nad rzekę. 

Usiadłam na jednej z ławek.

Rozkleiłam się, cichutko płakałam.

Obok mnie na drugiej ławce siedzieli dwaj mężczyźni, byli to Polacy, którzy nie wiedzieli, że ja też jestem Polką.

Zaczęli między sobą o mnie rozmawiać, wówczas uśmiechnęłam się do nich. 

Zauważyli, że też jestem Polką.

Spytali dlaczego jestem taka smutna, więc powiedziałam im, że od miesiąca nie mogę znaleźć pracy. 

Wtedy radośnie powiedzieli: "My Ci pomożemy, przecież D. pracuje w restauracji, a tam szukają kucharzy".

Zadzwonili zaraz do D., a on poprosił mnie do telefonu. 

Na drugi dzień umówiłam się z nim podczas jego przerwy na lunch.

Spotkaliśmy się i poszedł ze mną do FRS do G., który był pośrednikiem pracy i zaczął z nim rozmawiać. 

D. powiedział: "G. tyle kucharzy potrzebują, a ja spotykam moją dawną przyjaciółkę i mi mówi, że od miesiąca pracy nie ma..." itd.

G. poznałam miesiąc wcześniej, zapisałam się do jego agencji z prośbą o znalezienie dla mnie pracy. 

Wypisując formularz zgłoszeniowy pisałam moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe nic o tym, że mogłabym pracować jako kucharz. 

Przecież nigdy nim nie byłam. 😉

G. bardzo się ucieszył jeszcze tego samego wieczoru dostałam wiadomość, że  za dwa dni mam iść na próbny dzień pracy do na godzinę 9.30 rano.

Radość mnie rozpierała. 

Byłam wdzięczna Bogu. 

A. przecież dała mi czas do 30 czerwca, a miałam stawić się 29 tego do pracy. 

Boże jesteś cudowny pomyślałam, ale bałam się jak nigdy.

Wtedy przypomniałam sobie o książce, którą D. koleżanka ze wspólnoty dała mi przed moim wyjazdem. 

Była to książka Joan Western Anderson pt. „Anielskie Drogi – Prawdziwe historie o gościach z niebios”. 

Wcześniej już ją zdążyłam całą przeczytać.

Nadszedł ten dzień...

Przed pójściem do pracy udałam się do Katedry i prosiłam Dobrego Boga o to, aby zesłał mi Aniołów z nieba, by pomogli mi dostać tę pracę. 

Uwierzyłam, że to dla mnie zrobi. 

Chodź pełna obaw i na dodatek brak znajomości języka angielski stawiłam się w pracy. 

Mówiąc: "Hello I am Joanna, I am Chef" itd.

Podszedł do mnie Head Chef i kazał mi wykonać pierwsze zadanie. 

Modliłam się w duszy "Boże ześlij mi aniołów potrzebuję Twojej pomocy".

W ten dzień na próbę przyszło kilka osób, z których mieli wybrać tą z którą będą chcieli współpracować.

Zauważyłam, że każde zadanie które dostaje do zrobienia wychodzi mi perfekcyjnie. 

Czułam, że to nie są moje dłonie. 

Bóg zesłał mi pomoc. Naprawdę pomaga mi, pomyślałam.

Dzień w pracy się skończył i przyjęli mnie do pracy. 

Bogu niech będą dzięki. 

Wracałam taka radosna. Uwielbiając Go całym sercem.

Skąd wiem, że to była pomoc z nieba, a stąd, że kolejne dni już nie były takie jak ten pierwszy. 

Kaleczyłam jak nic...

To co pierwszego dnia wychodziło mi perfekcyjnie, w kolejnych dniach wstyd się przyznać, nie umiałam poprawnie nawet noża utrzymać, a tym bardziej profesjonalnie kroić.

Trafiłam jednak na dobrych ludzi.

Head Chef kiedy to zauważył, wziął mnie na bok i uczył jak mam trzymać nóż, jak kroić warzywa itd.

Codziennie było coraz lepiej, po kilku tygodniach nauczyłam się tego, co w dzień pierwszy mojej pracy, kiedy pomagali mi Aniołowie...

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Spotkanie z Theo

W Irlandii przebywałam od 27 maja 2006 r. daleka droga była przede mną. 

Nie znałam języka angielskiego, nie znałam miasta. 

A. u której zamieszkałam po przyjeździe do Irlandii, codziennie przed godziną 9-tą zostawiała mnie w centrum miasteczka obok Katedry Najświętszej Marii Panny, a po 18-tej mnie odbierała z tego samego miejsca.

W tym czasie miałam szukać pracy.

To irlandzkie miasteczko miało dwie główne ulice i tyle. 

Najwięcej było barów i hoteli oraz kilka dużych sklepów. 

Było ciężko ponieważ nie znałam języka.

Coraz bardziej załamana codziennie zaczynałam dzień na adoracji Najświętszego Sakramentu, często płacząc w kościele.

Wiedziałam przecież, że nie mogę wrócić do Polski. 

Wieczorami po powrocie do domu otwierałam  książkę pt. „Z Serca Ojca” autora Charlsa Slangla. 

Bóg mówił przez te słowa, że mam być cierpliwa, że wszystko będzie dobrze, że się poukłada, że jestem teraz na pustyni, ale za chwilę wszystko się zmieni.

Był już czerwiec kończyły mi się pieniądze, a ja nie znalazłam jeszcze pracy.

Chyba była sobota i A. zapytała mnie czy chcę jechać z nimi do nadmorskiej miejscowości. 

Ucieszyłam się i powiedziałam, że tak.

Przygotowałam ręcznik, ubrałam strój kąpielowy, wzięłam też słowniczek polsko – angielski i pojechaliśmy.

Po przyjeździe zostawili mnie samą na plaży, a sami poszli się przejść pozostawiając mnie z ich rzeczami, wiedziałam, że nie mogę wszystkiego zostawić. 

Tego dnia nawet nóg nie zamoczyłam w morzu. 

Chyba po godzinie wrócili tylko na chwilę spytać czy jestem głodna i czy kupić mi coś do jedzenia po czym znowu odeszli.

Nie rozumiałam języka ludzi, którzy obok mnie byli. 

Nie miałam z kim porozmawiać i tak z żalem w sercu zaczęłam wzdychać do Boga mojego Taty, że gdybym wiedziała, że ta wycieczka będzie tak wyglądała to wzięłabym odtwarzać CD, żeby słuchać uwielbienia. 

W duszy opowiadałam mu jak mi jest żle itd.

Po jakiejś dłuższej chwili podszedł do mnie Afroamerykanin, który z daleka do mnie się już uśmiechał. 

Był chyba starszy trochę ode mnie, miał bardzo miły wyraz twarzy. 

Zaczął ze mną rozmawiać, oczywiście korzystałam ze słownika, który miałam przy sobie.

Mówił, że nie może znaleźć swojego miejsca na plaży, gdzie zostawił ręcznik, ubranie. 

Powiedział, że leżał obok dwóch dziewczyn i chłopaka.

I tym sposobem czas mi płynął na rozmowie z nieznajomym. 

Widział, że się wstydzę mojego łamanego angielskiego. 

Wziął do ręki mój malutki słownik polsko – angielski i napisał mi w nim słowa w języku angielskim, które brzmiały: "Musisz uczyć się angielskiego, to jest bardzo łatwe ", napisał też swój adres email, a pod nim napisał "Proszę daj mi znać co u Ciebie wkrótce". (Nigdy nie napisałam do Niego)

Po chwili spojrzał mi tak jakby przez ramię i powiedział Twoi znajomi wracają. 

To oni prawda? 

Obejrzałam się za siebie, chodź plaża była pełna ludzi nic dziwnego w tym nie widziałam opowiedziałam, że tak.

Przyszła A. i jej kolega, zdziwieni, że jestem w towarzystwie obcego mężczyzny.

Zaczęli z nim rozmawiać, po chwili zaczęli jeść. Chciałam go poczęstować, lecz odmówił.

Theo widząc, że nie jem jedzenia, które mi przynieśli, powiedział ok. Czas na mnie i odszedł. 

Widziałam, w którą stronę idzie schyliłam głowę by sięgnąć po kawałek kurczaka, a kiedy ją podniosłam jego już nie było. 

Dziwne to było tak jakby się rozpłynął w powietrzu, po prostu zniknął.

Po powrocie do domu w rozmowie z A. zaczęłam analizować cały przebieg tego zdarzenia.

Theo podszedł do mnie kiedy Bogu żaliłam się, że czuję się samotna. 

Powiedział, że zostawił ręcznik i ubranie obok 2 dziewczyn i chłopaka, a był ubrany, ręcznik miał przerzucony przez ramię. 

Jak mógł wiedzieć, że wraca właśnie A. i jej kolega, gdzie plaża była pełna ludzi, a oni oddaleni od nas kilkanaście metrów. 

Jak mógł tak zniknąć?

Teraz wiem i wierzę w to całym sercem, że to mój Pan, mój Bóg zesłał mi Theo, bym mogła też spędzić miło czas ...

piątek, 11 sierpnia 2023

Wyjazd do Irlandii

Tata mój widząc jakie mam przez niego problemy postanowił, że notarialnie przyzna się do wszystkiego, abyśmy mogli z synem godnie żyć. 

W lutym 2006 roku udał się do notariusza i zrobił tak jak obiecał.

Mając taki dokument spotkałam się z  prawnikiem, aby zapytać co mogę zrobić, w tej trudnej sytuacji.

Radca prawny podał dwa wyjścia:

Pierwsze: mogłam sprawę skierować do prokuratury, tata odpowiadałby przed Sądem.

Drugie: mogłam wyjechać do innego kraju, pozostać tam już na zawsze lub wrócić po przedawnieniu i umorzeniu wszystkich długów dot. firmy.

Nie wiedziałam co zrobić. 😔

Nie chciałam, skrzywdzić mojego taty.

Mój znajomy powiedział, że decyzje muszę podjąć sama. 

Postanowiłam, że najlepszym wyjściem będzie jak wyjadę z kraju. 

Nie wyobrażałam sobie na ten moment już dalszego życia w Polsce.

Wtedy koleżanka przyszła mi z pomocą. 😊

26 maja 2006 r. wyjechałam do Irlandii zatrzymując się u rodziny naszego kolegi ze wspólnoty.

Bóg jest dobry. 😊

Nawet w takiej sytuacji, która wydawała się bez wyjścia miał dla nas plan .....

środa, 9 sierpnia 2023

Kłopoty...

Czas płynął, mogło się wydawać, że będzie coraz lepiej. 

Wychowywałam syna, miałam stałą pracę i dobre zarobki. 

Kierowniczka naszego Polo zaproponowała mi nawet kurs kierowniczy, bo widziała we mnie potencjał. 

Z koleżankami w pracy się układało, chociaż odkąd oddałam życie Jezusowi czasem nazywały mnie "nawiedzoną".

Mogłoby się wydawać, że wszystko już poukładane życie prywatne i duchowe, a tu niespodzianka.

W listopadzie 2005 r. komornik zajął mi pensje na prawie 100 tysięcy złotych, przeszłość dała o sobie znać.

Streszczę historię...

Po skończeniu przeze mnie szkoły średniej, miałam już 6 miesięcznego syna. 

Rodzice nie pozwolili mi iść do pracy. Ojciec wymyślił coś lepszego. 

Odkąd pamiętam zawsze ingerowali w moje życie. 

Przyjaciół mi wybierali, szkołę nawet imię dla syna, którego chciałam nazwać Emanuel.

Tata mój prowadził firmę budowlaną i wpadł na genialny pomysł, że otworzy inną na mnie.

W zamian, miałam pracować dla niego i otrzymywać wynagrodzenie w wysokości 1000 zł miesięcznie za pracę administracyjną. 

Zaplanował mi życie zaraz po skończeniu szkoły. 

W roku 1999 weszły nowe zasady rozliczania w ZUS tzw 3 filary i już nie można było płacić mniejszych składek.

W między czasie zatrudnił kilku pracowników w niby mojej firmie. Zaczęły się kłopoty, a wszystko szło na moje konto niestety.

Firmę zaczął coraz bardziej zadłużać. 

Nie godziłam się na to, lecz nie miałam nic do gadania.

Byłam w coraz gorszym stanie psychicznym, zniewolona przez własnego ojca. 

Miałam wówczas wielki żal również do mojej mamy, że mi nie pomogła. 

Dopiero w październiku 2000 r. tata mój okazał „miłosierdzie” i pozwolił na zamknięcie firmy.

I teraz ponieść miałam tego skutki ... 😢

Totalnie załamana nie wiedziałam co robić. 

Ponieważ rok wcześniej trafiłam do poradni psychiatrycznej z powodu próby samobójczej, udałam się do lekarza i przez kolejne  6 miesięcy przebywałam na zwolnieniu lekarskim.

W maju miałam wrócić do pracy.

Wierzyłam jednak, że Bóg coś wymyśli i pomoże mi ....

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

Kościół Piotra i Pawła

Był rok 2005 nie pamiętam, który miesiąc.

Mój tata zaproponował mi abym poszła z nim do Kościoła Piotra i Pawła na mszę wieczorną.

Opowiadał mi kiedyś, że odbywają się tam środowe spotkania zaczynające się Eucharystią, a po niej jest spotkanie modlitewne i uwielbienie.

Wybrałam się tam z nim, spodobało mi się. 

Kościół też mi się podobał. Nie wiem czemu, ale lubię zapach starych kościołów. 

Coś w nich jest.

Coraz częściej zaczęłam uczęszczać na środowe spotkania. 

Od czasu do czasu były też organizowane msze w intencji uzdrowienia.

Na jednych z takich spotkań, było to tuż przed Świętem Zesłania Duch Świętego ojciec M. powiedział, iż dobrze byłoby przystąpić do spowiedzi z całego życia. 

Wzięłam jego słowa do serca.

Pomodliłam się o światło i poszłam do naszej plebani. 

Zadzwoniłam domofonem do Proboszcza i poprosiłam Go, aby polecił mi księdza, który mógłby wyspowiadać mnie z całego życia. 

Tak poznałam księdza A.

Bałam się tej spowiedzi, bo wiedziałam, że chcę być szczera wobec Boga i siebie.

Pamiętam, że tak bardzo płakałam, była to chyba najszczersza spowiedź jaką do tamtej pory odbyłam.

Bóg działał, cały czas czułam Jego obecność przy mnie. 

Dzięki tej spowiedzi oczyściłam się z tego co dręczyło mnie od ponad 10 lat. 

Co prawda spowiadałam się z tego grzechu, ale tak jakby nie do końca dosłownie. 

Pewnego środowego wieczoru ojciec M. prowadził mszę, na której opowiedział nam historię o Małej Arabce. 

W pewnym momencie wsłuchana w tą historię westchnęłam do Boga, że też chciałabym przeżyć coś takiego jak ona.

Kilka razy jeszcze może uczestniczyłam w środowych spotkaniach, aż do chwili kiedy pojawiły się kłopoty...

piątek, 4 sierpnia 2023

Złość na Boga

Byłam szczęśliwa, widziałam coraz większe zmiany w swoim życiu. 

Tak jak kiedyś chodziłam do kościoła tylko od święta, tak teraz mogłabym chodzić codziennie. 

Do spowiedzi chodziłam chyba co trzeci dzień. 

Duch Święty przypominał mi grzechy wyciągnięte z dalekich czasów. 

Czułam się kochana jak nigdy. 

Te wszystkie małe cuda w moim życiu coraz bardziej mnie umacniały i dawały siłę do działania. 

Każdego dnia chciałam całemu światu ogłaszać jak dobry jest Nasz Pan, Nasz Bóg. 

Uwielbiałam Go codziennie hip hop zamieniłam na Mateo i innych.

Wyobrażałam sobie, że teraz kiedy jesteśmy wszyscy blisko Boga, relacje między mną i rodzicami się zmienią na lepsze. 

Tak jednak się nie stało 😞

Pamiętam, że po kolejnej kłótni z mamą, usiadłam w pokoju i zaczęłam płakać. 

Wpatrzona w obraz Jezusa Miłosiernego miałam do Niego żal. 

Krzyczałam do Niego, że jak to jest możliwe, że te nasze relacje są jeszcze gorsze niż przed Kursem Alfa. 

Myślałam, że jak wszyscy mamy Boga w sercu to zapanuje miłość i pokój.

Strasznie byłam na Niego zła i nie miałam żadnych wyrzutów, że do Niego krzyczę.

Gdy byłam pogrążona w smutku, żalu i złości do mojego pokoju wszedł mój syn, uśmiechnął się do mnie i pokazał swoją dłoń, na której długopisem miał napisane „Jezus Cię Kocha”.

To był kolejny znak dla mnie, kolejny mały cud...


środa, 2 sierpnia 2023

Codzienna modlitwa o przemianę mojego taty

Czas płynął, codziennie zauważałam zmiany zachodzące w moim życiu. 

Moje życie stawało się z dnia na dzień lepsze. 

Zaczęłam zauważać rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. 

Wszystko było jakby inne.

Pomyślałam wówczas, jeśli Bóg tak bardzo działa w moim życiu i zmienia wszystko na lepsze, to zacznę prosić Go o przemianę mojego taty.

W głębi duszy wiedziałam, że jest dobrym człowiekiem, ale przez alkohol bardzo pogubionym. 

Postanowiłam, że będę codziennie wieczorem wyobrażać sobie, że kładę na niego ręce prosząc Pana  Jezusa by go przemienił i przyciągnął do siebie, aby też mógł poznać Jego dobroć i miłość.

Nie wiem, kto w niebie mi pomagał, ale nie musiałam czekać długo.

Tata zaczął zauważać we mnie zmiany. 

Był zdziwiony, że kiedy on wpada w złość, ja nie reaguje już tak jak kiedyś. 

Dziwił się jak w tak krótkim czasie z niezrównoważonej emocjonalnie, wulgarnej córki stoi przed nim nowa osoba, która już nie jest taka sama.

Kiedy on w emocjach coś przykrego mówił, byłam pełna pokoju, nie reagowałam już złością lecz w duchu modliłam się.

Ojciec nie mógł tego pojąć, zaczął zadawać pytania, a ja chętnie mu opowiadałam o kursie Alfa i Panu  Jezusie.

Początkowo nie chciał w to wierzyć, był niecierpliwy, wpadał w złość. 

Nie poddawałam się  i opowiadałam mu o miłości i dobroci Boga kiedy tylko mogłam.

I tak zaraz po Świętach Wielkanocnych w roku 2005 zaczął kurs Alfa. 

Skończył go i  do dnia dzisiejszego nie pije. 

Bóg przemienił Go i pomimo, że teraz trochę się pogubił to nadal uwielbia Boga i codziennie się modli. 

Pomimo rożnego rodzaju nieporozumień między nami, już nie jest taki jak kiedyś. 

Stał się innym człowiekiem i dziękuję za to Bogu...

Zawalczcie o swoje dzieci

To będzie taki trochę inny post z przesłaniem dla tych wszystkich rodziców, którzy mają nastoletnie dzieci, które pogubiły się w tym naszym ...