poniedziałek, 24 lipca 2023

Próba samobójcza


Dnia 27 października 2004 roku od rana byłam jakaś niespokojna, nerwowa i do tego złość mnie ogarniała.

To był dzień kolejnego spotkania kursu Alfa.

W pracy zmianę miałam ranną, bo zamieniłam się z koleżanką. 

Nie było więc przeszkód, abym mogła uczestniczyć w kolejnym spotkaniu, ale ...

Wpadałam w coraz większą rozpacz, zaczęłam użalać się nad sobą i swoim nieudanym życiem. 

Coraz bardziej wpadając - już teraz wiem - w sidła złego.

Wtedy jednak nie miałam o tym pojęcia.

W swoim smutku, rozpaczy i żalu zaczęłam planować swój koniec.

Znalazłam w szufladzie jakieś tabletki i byłam gotowa zakończyć moje życie.

Przestałam racjonalnie myśleć, nic mnie już nie obchodziło, nawet co stanie się z moim wówczas prawie 8 letnim synem.

Miałam w głowie tylko plan, jak, kiedy i co.

Kiedy dochodziła godzina 19- ta, miałam coraz większą agresję. Nie miałam ochoty nigdzie iść. 

Przecież miałam zupełnie inny plan.

Jeszcze tego samego wieczoru pokłóciłam się z moją mamą i byłam niemiła dla mojej bratowej.

Tego dnia w naszym domu był mój kuzyn, który przyjechał zaopiekować się dziećmi.

Kiedy mama i moja bratowa wyszły, a syn mój juz leżał w łożku, przystąpiłam do działania.

Napisałam list pożegnalny, następnie udałam się do łazienki i połknęłam wszystkie wcześniej przygotowane tabletki popijając je wodą.

Wróciłam do pokoju jak nic by się nie wydarzyło z planem w głowie, że jutro juz mnie nie będzie.

Mój syn tego wieczoru był jakiś niespokojny. Nie mógł zasnąć co bardzo mnie irytowało.

Po chwili swoim dziecięcym głosikiem powiedział do mnie:

"Mamusiu czy możesz powiedzieć ze mną tą modlitwę, w której oddajemy życie Jezusowi?"

Nie mogłam mu odmówić i wspólnie odmówiliśmy modlitwę, po czym zasnął spokojnie jak aniołek.

Nagle poczułam jakby jakiś szum w głowie, potem od stóp w kierunku mojej głowy zaczęło ogarniać mnie przedziwne uczucie, jakby ciało moje się zapadało.

Przestraszyłam się, dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że ja nie chcę umierać.

Przez łzy przepraszałam Boga za to co chciałam zrobić.

Przerażona wybiegłam z pokoju i poprosiłam mojego kuzyna, żeby wezwał pogotowie bełkocząc przy tym i tłumacząc co zrobiłam.

Poprosiłam go także, aby nic nie mówił mojej mamie, kiedy wróci ze spotkania.

Przyjechało pogotowie i zabrano mnie na izbę przyjęć do szpitala. 

Kazano mi wejść do gabinetu lekarskiego i poczekać na lekarza.

Siedząc samotnie w gabinecie na drewnianym krześle poczułam, że tak jakby moje serce słabiej bije.

Złapałam się za nadgarstek, aby sprawdzić puls.  Był  prawie niewyczuwalny, powolny tak jakby w większych odstępach.

W ciszy zaczęłam przepraszać Boga za to co zrobiłam prosząc o drugą szansę. Do przyjścia  lekarza nie przestawałam się modlić.

Lekarz zaczął ze mną rozmawiać, był bardzo miły.  Po badaniu i rozmowie kazano wypić mi 1 litr jakiegoś węgla. Na płukanie żołądka było już za późno. 

Póżniej zaprowadzono mnie do sali, gdzie kazano mi się położyć i podłączono mnie do kroplówki.

Po przebudzeniu podeszłam do pielęgniarki. Poprosiłam o zdjęcie welfronu, myślałam, że będę mogła wrócić do domu i zdążę do pracy na godzinę 13.30.

Pielęgniarka jednak spojrzała na mnie z politowaniem i powiedziała, że zaraz karetka przewiezie mnie do Szpitala Psychiatrycznego pytając mnie czy w ogóle mam świadomość co chciałam zrobić.

Chodziłam po szpitalnym korytarzu zastanawiając się co będzie jak ucieknę. 

Przemyślałam jednak, że nie mogę.  Znają przecież dokładny adres mojego miejsca pracy i zrobią mi obciach jak w kaftan mnie ubiorą.

Nie zważając na zakaz, że nie mogę się oddalać, wymknęłam się, kiedy ktoś wchodził i udałam się na zewnątrz zapalić papierosa, myśląc przy tym czy uciec czy nie.

Postanowiłam wrócić na oddział.

W drodze powrotnej usłyszałam głos mojej zrozpaczonej mamy.

Rano mój syn poprosił ją, aby zrobiła mu śniadanie i wtedy dopiero wszystko się wydało.

Przez łzy rozmawiała ze mną, nie mogąc zrozumieć jak ja taka według niej silna mogłam to zrobić.

Ja już wtedy wiedziałam, że to szatan nie pozwala mi iść dobrą drogą i nie chce mnie wypuścić ze swoich łap.

Karetka zawiozła mnie do szpitala. 

Przeprowadzono ze mną wywiad, zadawano wiele pytań. 

Nie zgodziłam się na hospitalizację. 

Pomoc zaoferowała mi mama, że się mną zaopiekuje.

Wróciłyśmy do domu.

Byłam wdzięczna Bogu, że ocalił mnie i pozwolił żyć....








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Misja opiekun

Ponad rok nie mogłam znaleźć pracy. Zaczęłam upadać na duchu, załamałam się. Tydzień przed znalezieniem pracy zawołałam do Boga, że nie daję...